Noetyczny rozwój

Rozwój - cel, miara i zakres zmian

2017-09-14 18:22:24
W tym artykule zastanowię się nad sensem rozwoju, zmian, wysiłku, który trzeba w to włożyć, nad sensem naszych dążeń do spełnienia czy tak zwanej samorealizacji. Po co to jest, po co mamy się starać, ubogacać siebie, pomagać innym? Myślę, że bez odpowiedzi na to pytanie, odpowiedzi danej przede wszystkim sobie, nie mamy szans na rozwój, na zmianę, zwłaszcza tę, której inicjatywa, motywacja, pochodzi od nas.

 

Rozwój osobisty - po co jest? 

 
Dlaczego ja pragnę zmiany w swoim życiu, co jest dla mnie ważne? Otóż, na różnych stronach internetowych czytam, że pierwszym i najbardziej podstawowym uzasadnieniem dla rozwoju, a zarazem dla życia w ogóle, jest dążenie do własnego spełnienia, do realizacji tkwiących w nas możliwości, naszego potencjału. Sama czasem też tak piszę. Uzasadnieniem rozwoju i naszego wysiłku jest tutaj nasze własne „ja”. Z tym wiąże się również wspieranie innych w rozwoju, bo jeśli samemu przejdzie się pewną drogę, to można o tej drodze mówić, można towarzyszyć innym w ich drodze. I to jest wyjaśnienie cenne i humanitarne, ale czy wystarczające?

Dla mnie nie. Dlaczego? To uzasadnienie w pewien sposób kreuje wizję człowieka silnego, wręcz idealnego, który jest nastawiony na sukces, karierę i doskonałość (mówi się wręcz o samodoskonaleniu się). Tylko czy to jest prawda o mnie? Przecież życie to także niepowodzenia, kryzysy, pustka, samotność, okresy zwątpienia, różnego rodzaju cierpienia, zawody i rany, które czasami wydają się być ponad ludzkie siły. Pewnie, że można uczyć się przechodzić przez te doświadczenia łagodniej i szybciej, ale nie można przecież zaprzeczyć ich istnieniu.

Skoro tak jest, to zasadnym jest dla mnie pytanie, skąd jest we mnie ta “siła”, skąd intuicja, przeczucie, nagle pojawiające się myśli, olśnienia, głębokie pragnienia i to wszystko, co nazywam swoim prawdziwym „ja” albo swoim sercem? W tym miejscu pytam o swoje źródło, o autora tej „siły” we mnie, o tego mojego towarzysza drogi, który wydaje się być większy ode mnie, a którego wierzący nazywają Bogiem. Pytanie o Boga, o Jego istnienie, jest moim pytaniem od „zawsze”, odkąd świadomie o Nim myślę. Minęły już czasy, kiedy szukałam Go poza sobą, kiedy wystarczały mi racjonalne argumenty wielkich filozofów, Arystotelesa czy Tomasza z Akwinu. Dziś wiem, że rozumowe argumenty nie przekonują serca, bo przyjęcie Boga lub nie, nie
jest kwestią wiedzy, ale wiary. Albo w Niego wierzysz, albo nie. I tylko tyle.

Z racjonalnego punktu widzenia wiara to jest jedna wielka bzdura. Opowiadanie o Jezusie i Jego uczniach, którym On mówi, żeby zostawili wszystko i poszli za Nim, a oni zostawiają i idą, to jest nonsens, bo kto tak robi? Kto zostawia swoje dotychczasowe życie, swoją rodzinę, pracę i idzie z nieznajomym nie wiadomo dokąd i po co? A jednak tak robimy. Zdarza się nam. Gdy kogoś pokochamy, to pragniemy go poznać, zbliżyć się, podążać razem. To jest „odruch” serca, a nie sąd rozumu.

Piszę o tym, żebyś zwrócił/a uwagę na to, że wiara zmienia perspektywę rozwoju. Jezus nie gwarantuje szczęścia, ale mówi, że szczęśliwi są Ci, którzy płaczą, którzy się smucą … Nie gwarantuje sukcesu ani kariery, bo sam odniósł „sukces spektakularny” – poniósł haniebną śmierć na krzyżu. Oczywiście wiara nie wyklucza kariery ani sukcesu, ale nie o nie tutaj chodzi. Chodzi o miłość.
 
Co jest miarą nszego rozwoju?

Jakiś czas temu prowadziłam grupę kobiet, zmierzających do osobistego rozwoju i podążania drogą swojego serca. Na jednym ze spotkań rozmawiałyśmy o tym, że jedne z nas dokonują zmian w swoim życiu, stawiając „małe kroki”, a inny – „susy”. „Małe kroki” i „susy” różnią się zasadniczo, bo tempo pierwszych jest zdecydowanie wolniejsze od drugich. Gdy zastanawiam się, z czego to wynika, dlaczego nie możemy stawiać „dużych kroków”, co nas „trzyma”, dlaczego brakuje nam odwagi, myślę o różnych naszych „zakotwiczeniach”, które wykształcamy w sobie już od dziecięcych lat, o wyuczonej bierności, bezradności, lękach, by nie odsłonić przed innymi wstydliwych problemów w naszej rodzinie, o zakładaniu maski kreującej idealny obraz siebie. W tym miejscu przypominam sobie biblijną opowieść o grzechu pierworodnym, a dokładnie ten moment, gdy Adam i Ewa dostrzegają swoją nagość i ukrywają się przed Bogiem. W rozmowie z Nim nie potrafią stanąć w prawdzie o sobie: Adam przerzuca odpowiedzialność za swój czyn na Ewę, a Ewa – na węża.
 
Dzisiejsza psychologia podobnie mówi o naszych skłonnościach do samozakłamywania się. Nazywa je mechanizmami obronnymi. Te mechanizmy mamy wszyscy. Boimy się odsłonięcia prawdy o sobie, bo prawda kosztuje, wiąże się z wzięciem odpowiedzialności, poniesieniem konsekwencji swojego czynu, może też pogardą ze strony innych. Różnimy się między sobą jednak tym, że jedni z nas – oprócz tych wrodzonych skłonności – są dodatkowo jeszcze obciążeni swoją zamkniętą osobowością, wychowaniem, życiowym skryptem, który skłania, by unikać ludzi i zmian. Różnimy się stopniem uświadomienia sobie tych naszych ograniczeń i ich przekraczania. Oczywiście różnimy się także zdolnością do uczenia się, zapamiętywania, kojarzenia, twórczego myślenia i innymi jeszcze cechami o charakterze indywidualnym. 

W związku z tym sądzę, że miarą naszego rozwoju jest stopień otwierania się przed innymi, samoodsłaniania się i stawiania coraz „większych kroków”. Wiąże się z tym wzrost zaufania ludziom, ale też wzrost pewności siebie, odwagi do podejmowania ryzyka i gotowości ponoszenia konsekwencji, takich jak: odrzucenie, zerwanie więzi, utrata szacunku otoczenia. A to z kolei wiąże się z potrzebą radzenia sobie z własnym lękiem, zranieniem, umiejętnością odkrywania własnej wartości i wytrwałego stawania po swojej stronie. To jest praca na lata. W miarę jak ją podejmuję, odkrywam coraz to nowe wyzwania.

 

Ostatnio zapadły mi w pamięci słowa Keitha Abrahama, który w książce pt. Życie z pasją… powiedział, że chcąc przyspieszyć swój rozwój (sukces), trzeba podwoić liczbę porażek. Mocno mnie poruszyły te słowa, ale też dotarła do mnie ta prawda, iż miarą naszego rozwoju jest również ilość niepowodzeń, które jesteśmy w stanie przyjąć.
 
Co możemy w sobie zmieniać?
 
Zasadniczo mówimy o trzech naszych wymiarach, podlegających rozwojowi: cielesnym, zmysłowym (psychicznym) i duchowym. Osobiście uważam, że dobre jest dla nas to, by nasz rozwój był wielowymiarowy, by dotyczył więc wszystkich trzech wymienionych tutaj sfer. Dobrze też, by rozwój był w miarę harmonijny, byśmy – w miarę możliwości – dbali o względnie równomierny wzrost. W praktyce bywa często jednak tak, że któraś ze sfer w nas dominuje, i rozwój jednej sfery dokonuje się „kosztem innych”. Podobnie możemy powiedzieć, że zaburzenia, dziejące się w obrębie jednej ze sfer, rzutują na funkcjonowanie innych. Weźmy dla przykładu jakąś fizyczną chorobę, powiedzmy grypę. W ostrej fazie tej choroby dreszcze, gorączka sprawiają, że nasze ciało wykorzystuje energię na zmaganie się z wirusem, przez co trudniej nam się skupić, wykonywać proste czynności domowe, a nawet poruszać się.

 

Podobna sytuacja ma miejsce wówczas, gdy zwracamy szczególną uwagę na rozwój jednej ze sfer, znacznie mniej wysiłku poświęcając innym. Gdy szczególną troską otaczamy nasze ciało, spędzając większość czasu każdego dnia na zabiegach upiększających urodę, ćwiczeniach relaksujących, przygotowaniu zdrowych posiłków i modnych strojów, nie starcza nam go już na rozwój w wymiarze zmysłowym i duchowym. Celem naszego życia staje się przyjemność. Gdy dodatkowo czerpiemy korzyści z naszego sposobu/stylu życia, naszym celem staje się też użyteczność. I o ile choroba jest stanem przejściowym i po krótszym lub dłuższym okresie czasu odzyskujemy względną harmonię, o tyle nasz sposób bycia jest stanem względnie stałym i niezrównoważony może doprowadzić do deficytów oraz zaburzeń w innych życiowo ważnych sferach.

 

Wspomniana długotrwała dominacja jednej ze sfer może prowadzić do sytuacji, w której naszym życiem „rządzi” coś, czego sobie być może nawet nie uświadamiamy, np. lęk przed utratą kontroli, gdy przesadnie analizujemy nasze działania, myśląc o tym, jak powinniśmy się zachować, by wypaść jak najlepiej w oczach innych; lęk egzystencjalny, gdy przymuszamy się do pracy, w której źle się czujemy i nie widzimy innej możliwości zarabiania; różne silne uczucia, w zależności od zewnętrznych okoliczności, gdy nasze działania są bezrefleksyjne, podejmowane pod wpływem silniej oddziałującego w danej chwili bodźca; uczucie przyjemności, gdy unikamy ponoszenia konsekwencji swoich działań, wycofujemy się z trudnych rozmów, uciekamy przed prawdą.
Kategorie wpisu: Podstawy rozwoju
« powrót
Kreator www - przetestuj za darmo