Noetyczny rozwój

Środki niezbędne do rozwoju: samoakceptacja, życie "tu i teraz", odkrywanie tożsamości i opuszczanie "domu"

2017-09-15 14:13:16

Samoakceptacja, czyli bezwarunkowa miłość siebie


Jedną z podstawowych  zasad rozwoju jest samoświadomość i samoakceptacja, czyli przyjęcie siebie takimi, jakimi jesteśmy. A jacy jesteśmy? Większość z nas we wczesnym okresie życia wykształciła mechanizm, za pomocą którego kreuje idealny obraz siebie. Stanowi on zasłonę, z jednej strony zakrywającą nasze wady, błędy i zachowania, które w oczach otaczających nas osób nie zasługują na akceptację, a z drugiej – odsłaniają nasze pozytywne cechy, sukcesy i zachowania przez nie aprobowane. W głębi duszy przecież wszyscy pragniemy być kochani. Najczęściej jednak otrzymujemy tzw. miłość warunkową, a więc taką, która skupia się na naszym zachowaniu, gdzieś na powierzchni naszego „ja”, nie dosięgając samej istoty, czyli „miejsca”, w którym wszyscy jesteśmy powołani do istnienia i bezinteresownej miłości.

 

Pierwszym krokiem na drodze rozwoju jest – jak sądzę – przywrócenie miłości należnego jej „miejsca” w naszym życiu. Opuszczenie idealnego obrazu siebie i przyjęcie siebie w całej prawdzie o sobie, z tym, co silne, co przychodzi z łatwością i jest akceptowane przez innych, oraz tym, co słabe, co trudno zmienić, nad czym trzeba się szczególnie pochylić, jest bowiem przejawem bezwarunkowej miłości wobec samej/samego siebie. Znany autor i psycholog Lee Jampolsky napisał znamienne zdanie: Paradoks zmian polega na tym, że nie są możliwe, o ile w pierwszej kolejności nie zaakceptujemy samych siebie takimi, jakimi jesteśmy.

Dlaczego tak jest? Dlaczego miłość siebie jest źródłem rozwoju? Idealny obraz siebie nie wyraża pełnej prawdy o nas. Można powiedzieć, że wzmacnia pewien rodzaj gry, jaką prowadzimy wobec naszego otoczenia, a przede wszystkim wobec samych siebie. Poruszając się w środowisku znanych nam osób i ich reakcji, stajemy się coraz lepszymi „aktorami”, odtwarzając znane nam role i doskonaląc schematy własnych zachowań. W nowym środowisku odtwarzamy podobny schemat: z jednej strony ukrywamy własne słabości, a z drugiej – coraz więcej sił wkładamy w spełnienie zewnętrznych oczekiwań. Ponosimy coraz większy koszt naszej gry, która wcześniej czy później się zakończy poważnym kryzysem, bo taki „ideał” nie jest wcale idealny, a ciało nie uniesie jego ciężaru.

Miłość siebie, wyrażająca się w przyjęciu prawdy o sobie, nie jest zależna od otoczenia. Od nikogo. Każdy bowiem z nas ma w sobie wewnętrzną wartość: istnienie i zdolność do miłości. Mogę w tym miejscu powtórzyć za M. Buberem zdanie: Każda przychodząca na świat osoba przynosi ze sobą coś nowego, co nigdy przedtem nie istniało, coś oryginalnego i niepowtarzalnego.


Odkrywanie tożsamości


Osobista próba odpowiedzi na pytanie „kim jestem” jest, jak sądzę, niezbędnym etapem rozwoju. Bez niej podąża się naprzód po omacku, bo nie widać celu. Pytanie o własną tożsamość traktuję jako część samopoznania i samoświadomości, efekt wglądu w siebie, kontaktu ze swoim prawdziwym „ja”. Odpowiedzi na nie poszukuję w ciszy, w oderwaniu od codziennych egzystencjalnych spraw, próbując dotrzeć do własnej istoty, do tego, co we mnie wydaje się być niezmienne, do czego wracam i co trwa we mnie mimo upływu czasu i życiowych przeciwności.

 

Przyglądając się sobie odkrywam, że pod wpływem napotkanych trudności i różnych doświadczeń moje pragnienia i ich ranga oczyszczają się z przemijających potrzeb, które po dłuższym lub krótszym czasie przestają być dla mnie ważne. Mam poczucie, że prawdziwe pragnienia, pochodzące z głębi mojego serca, nie przemijają, lecz stają się widoczne jakby w innym świetle. Są źródłem najgłębszej mojej motywacji i dają i siłę do pokonywania trudów, jakie stają na mojej drodze podczas ich realizacji. Sądzę, że działania podejmowane pod wpływem wymyślonych przez nas celów, do tych celów nie prowadzą. Wymyślona bowiem motywacja jest nietrwała. Wchodząc na drogę rozwoju potrzebujemy motywów odkrywanych we własnym wnętrzu, a nie wymyślonych. Są nimi nasze niezmienne pragnienia. Środki do ich realizacji są w pewnej mierze kwestią naszego pomysłu, one same - nie.

 

Czy w takim razie dokładnie widzimy cel, do którego zmierzamy? Nie sądzę. Wydaje mi się, że widzimy nasz cel bardzo ogólnie. Bardziej mamy przeczucie go niż ostateczny kształt. Widzimy raczej kolejny krok, czyli tyle, ile nam potrzeba na daną chwilę. Czy każdy czas jest dobry do realizacji naszych głębokich pragnień? Nie sądzę. To kwestia rozeznania. Zwykle podejmujemy działanie, gdy widzimy kolejny krok i gdy zachodzą sprzyjające mu okoliczności, swoiste znaki – drogowskazy, zgodnie z którymi przemierzamy następny odcinek naszej drogi.

 

Jak więc mają się do wewnętrznego rozeznawania takie działania jak planowanie czy zarządzanie? To pytanie można, jak sądzę, postawić inaczej: jak się ma pragnienie do naszego rozumu? Otóż, pragnienie wyznacza nam cel działania. Środki do realizacji tego celu są, przynajmniej wstępnie, dziełem rozumu. Piszę „przynajmniej wstępnie”, bo podążając za pragnieniem doświadczamy tego, iż niektóre wybrane przez nas środki również podlegają weryfikacji w trakcie ich realizacji. Podsumowując więc można powiedzieć, że planowanie jest środkiem do celu, z tą jednak uwagą, że jest środkiem elastycznym, który ciągle podlega rozeznawaniu.

 

Podobnie można mówić o naszej tożsamości. Jest ona czymś, co wciąż rozeznajemy, bo wciąż coraz głębiej poznajemy siebie i wciąż próbujemy zrozumieć, kim jesteśmy. Jest to proces, który dokonuje się w nas, jak sądzę, przez całe życie.


Życie "tu" i "teraz"


Kolejna zasada rozwoju to życie w teraźniejszości, w miejscu, w którym jesteśmy i w chwili, którą przeżywamy. Wbrew pozorom życie w „tu i teraz” nie jest proste. Domaga się bowiem skupienia uwagi – z jednej strony – na aktach własnej świadomości (doznań, uczuć, myśli) oraz na czynności, którą wykonujemy – z drugiej strony.

  

Jak często jest tak, że idąc z pracy do domu, odtwarzamy minione wydarzenia, analizujemy, co i jak zrobiliśmy, jak się zachowaliśmy wobec tej czy innej osoby? Pewnie często. To oznacza jednak, że drogę z pracy do domu spędziliśmy w przeszłości. A jak często, przemierzając tę samą drogę, myślimy o problemach, które trzeba rozwiązać, o tym, co najpierw zrobimy w domy albo w dniu następnym? Pewnie często. To oznacza jednak, że drogę z pracy do domu spędziliśmy w przyszłości.

 

A jak często wychodzimy z pracy i myślimy, jaką nową drogą wrócimy do domu, jak często czujemy delikatny powiew lekko ciepłego wiatru, który łagodnie dotyka twarzy, przyjemnie porusza włosy i subtelnie je przesuwa, w przerwach między odgłosem silników przejeżdżających aut słyszymy śpiew ptaków w parku, rozradowanych wiosennym słońcem, od czasu do czasu zagłuszanych głosem kukułki, obserwujemy przebiegającą nam drogę wiewiórkę z błyszczącymi oczami, podziwiamy piękno otaczającego świata, swoistych darów, które otrzymaliśmy od Stwórcy, a może, wyjątkowo dzisiaj, wrócimy później do domu, może zatrzymamy się na ławce w parku, by przedłużyć doznania tych cudownych chwil, przeżywanych w teraźniejszości?

 

Bo to jest właśnie życie w „tu i teraz”, życie pełnią tego, co po prostu jest. A może lepiej: to dopiero jest życie. Dlaczego? Bo obrabianie wydarzeń przeszłych lub przyszłych jest aktywnością naszego umysłu i odwołaniem do naszej wyobraźni, do rzeczy, których realnie nie ma, bez czucia, doznawania, reagowania, w pewnym sensie bez życia. W ten sposób można przeżyć swoje życie, nie żyjąc. Można rozpamiętywać dawne krzywdy, obracać w głowie przykrościami, wyolbrzymiać sytuacje, które trzeba przeżyć, a potem je odłożyć. Uczucia powstałe pod wpływem realnie doznanej krzywdy mają swoją miarę. Są żywe, głębokie, prawdziwe. Potem naturalnie mijają, a człowiek powoli odnajduje się w nowej sytuacji. Zdarza się jednak, że żywe uczucia mijają, a my nadal mamy poczucie straty, odrywamy swoją rolę ofiary. Przynosi nam ona liczne korzyści, jak zainteresowanie otoczenia, litość, bezinteresowną pomoc. Tak nam dobrze, bo bycie biernym jest wygodne. Z czasem jednak ta gra się nie opłaca, bo życie nam ucieka, a otoczenie się nie wzrusza, ponieważ nasze uczucia są powierzchowne i ludzie to czują.

 

Tylko życie chwilą obecną wydaje się być życiem w pełni, bo tylko w taki sposób jesteśmy w stanie dostrzec piękno otaczającego nas świata i siłę własnych doznań. Tylko wtedy jesteśmy w stanie mieć kontakt z własnym ciałem, emocjami, sferą myśli, pragnień, intuicji i doznań, płynących z otoczenia.

 

Słynny filozof, teolog i mistyk, Mistrz Eckhart radził: Żyj bez przeszkody ze strony tych uczynków i obrazów, które miałeś kiedyś, wyzuty i wolny, w owym „teraz”. 

Opuszczanie "domu"


Kolejną zasadą rozwoju, którą nazywam „opuszczaniem domu”, jest, jak sądzę, wyraźne oddzielenie przeszłości od teraźniejszości, czyli pozostawienie całego „bagażu” doświadczeń, schematów i przekonań wyniesionych z domu swojego pochodzenia.

 

Jak rozumieć „dom”, który mamy opuścić? Czy mamy go opuścić dosłownie, fizycznie? Odpowiem tak. Dobrze by było, żeby fizyczne i dosłowne opuszczenie domu rodzinnego niosło ze sobą nową jakość życia, wolną od doświadczeń z przeszłości. Poznanie nowych ludzi i nawiązanie nowych relacji otwiera możliwość pozostawienia starych dróg i podążania nowymi ścieżkami.

 

Jest to jednak możliwość, którą nie zawsze wykorzystujemy prorozwojowo. Często bywa tak, że do nowych relacji przykładamy stare schematy i nowe drogi pozornie stają się nowymi. Faktycznie pozostają starymi. Często bywa też tak, że szukamy swojego podobieństwa, że wiążemy się z osobami podobnymi do nas, a więc podobnie obciążonymi. Wzmacniamy w ten sposób nasze schematy, wikłając się w dalsze obciążenia. Wówczas fizyczne opuszczenie domu nie jest znakiem jego opuszczenia psychicznego i duchowego.

 

W rozwoju osobistym, o którym piszę, nie chodzi o powierzchowne zmiany, ale głębokie i trwałe. Takich zmian nie osiąga się zmieniając jedynie miejsce pobytu czy zamieszkania. Nie osiąga się ich zmieniając schemat własnego zachowania, ucząc się nowego wzorca, a więc poddając się swoistej „tresurze” nawyków. Takie zmiany domagają się przepracowania własnej przeszłości, przyjrzenia się schematom i przekonaniom, które nawykowo odtwarzamy, oraz traumatycznym doświadczeniom, które przeżyliśmy. Domagają się uświadomienia i poznania sposobów ich przekraczania.

 

Chodzi tutaj o wszystkie te rzeczy, które opisywałam w kategorii „trudności”, a więc: obciążenia rodzinne związane z zależnością od matki (rodziców), zamianą ról w rodzinie, zaniedbaniem i przemocą, biernością i rezygnacją z siebie, zaniedbaniem i nieufnością wobec siebie, lękami, zranieniami i wykształconymi w dzieciństwie mechanizmami obronnymi, które wyrażają się w uzależnionym myśleniu i nałogowym sposobie życia.

 

Widać więc, że w znaczeniu, o którym tu piszę, nie chodzi o fizyczne „opuszczenie domu”, lecz o „głębokie opuszczenie domu”. Dobrze, gdy jedno i drugie występuje łącznie. Sądzę jednak, że głęboka przemiana życia jest możliwa także wyłącznie w drugim znaczeniu. Myślę, że można „opuścić dom” i w pewien sposób nadal w nim pozostać. Opuścić głęboko. Z pewnością jest to trudne, gdyż domaga się odwagi. Ale bez ryzyka i odwagi nie ma rozwoju.

 

„Opuszczanie domu” nie jest kwestią zerwania relacji z rodzicami czy rodzeństwem. Nie jest kwestią oskarżania rodziców i odsunięcia się od nich. Jest kwestią nawiązania z nimi nowego typu relacji, opartych na prawdzie i wolnych od uwikłań.

 

Czy do rozwoju jest potrzebna psychoterapia? Jest pomocna. Czasem bardziej potrzebna, czasem mniej. Spotkania terapeutyczne mogą być miejscem przekraczania nieufności wobec siebie, wychodzenia z ukrycia, przeżywania doświadczeń korektywnych. Ważne, by odbywały się w atmosferze zaufania i uwzględniały osobistą hierarchię wartości.

« powrót
Kreator www - przetestuj za darmo